„..kiedy człowiek pierwszy raz się zakochuje, jego życie nieodwracalnie się zmienia i choćby nie wiedzieć jak się próbowało, to uczucie nigdy nie zniknie.” - Nicholas Sparks „Pamiętnik”

środa, 8 stycznia 2014

Rozdział 16

Po trzeciej opuściłam szkolny budynek z wielką ulgą. Towarzyszyło mi niewiarygodne zmęczenie po dwóch godzinach ćwiczeń na słowni, a nogi dosłownie się pode mną uginały w kolanach, jednak byłam z siebie zadowolona. Przeżyłam osiem godzin w otoczeniu krzywych spojrzeń, ani raz się nie rozbeczałam i nie byłam nachalna wobec Lou oraz jego ekipy. Co najważniejsze – totalnie zignorowałam osobę Annie, której widok wzmagał we mnie wszelkie negatywne odczucia. To wszystko uznałam za swój własny, mały sukces, dzięki czemu szłam śmiało prosto do domu, zwilżając po drodze gardło wodą mineralną. Było mi naprawdę gorąco, mimo iż nadal prześwitujące przez chmury słońce nie dawało nawet krzty ciepła. Nie odważyłam się rozpiąć płaszcza. W głowie nadal miałam obraz czerwonego nosa Iana, który trząsł się z zimna pod kołdrą. Co prawda pot pod bluzką na dworze również nie jest dobrą rzeczą, aczkolwiek z pewnością o wiele lepszym rozwiązaniem.
Droga powrotna do domu zawsze wydawała mi się za długa. Dlatego też nie mogłam się doczekać, by w końcu ukończyć osiemnaście lat i zdobyć prawo jazdy. Robiłam to przynajmniej w tych dniach po rozstaniu z Liamem lub podczas zajętych popołudni Josepha po rozpoczęciu drugiej klasy. Wcześniej wręcz uwielbiałam te długie spacery po szkole. Zawsze towarzyszyła mi Destiny lub Liam, upierający się, że chłopak powinien odprowadzać swą ukochaną tuż pod drzwi domu, nawet jeśli czekała na niego później podwójna liczba kilometrów do przebycia. To odprowadzanie trwało czasem godzinami, przez co nie mieliśmy już potem czasu na wieczorne spotkanie, ale jakoś nigdy nam to nie przeszkadzało. W takich sytuacjach Liam dzwonił do mnie zaraz po kolacji, a ja zamykałam się w pokoju na kolejne kilkadziesiąt minut rozmów, które często nie miały najmniejszego sensu.
Czyjeś szybkie stąpanie po chodniku stawało się coraz głośniejsze za moim uchem. Odruchowo odwróciłam się do tyłu, gdzie spotkałam się z uśmiechniętym Liamem, który zaraz zrównał ze mną tempo.
 - Blunt dał wam w kość? – zapytał, wskazując na plastikową butelkę w mojej dłoni.
 - Wnioskujesz po piciu czy wyglądam aż tak strasznie? – odezwałam się zupełnie naturalnie, chociaż poczułam, jak serce przestawia się na nieco intensywniejszą pracę ze względu na zdenerwowanie. Jakikolwiek był powód jego towarzystwa, cieszyłam się, że nie muszę zostawać sam na sam z myślami.
 - Wnioskuję, bo podglądaliśmy was z Lou, ale skoro o wyglądzie mowa, to włosy ci się lekko pokręciły. – Wziął jeden kosmyk między palce i pokazał mi go.
 - Nienawidzę ich – poskarżyłam się, zakładając włosy za uszy.
 - Niepotrzebnie je prostujesz.
 - I kto to mówi! – zaperzyłam się rozbawiona.
 - Człowiek obyty z prostownicą, który wie, kiedy powinno się jej używać – odparł spokojnie.
 - Wiesz, ile lasek leci na loczki? Wystarczy spojrzeć na listę kontaktów w telefonie Styles’a.
 - A faceci uważają fale za niezwykle uwodzicielskie. Wystarczy przejrzeć zdjęcia kontaktów w telefonie Styles’a.
Zaśmialiśmy się równo.
 - Jesteś niewiarygodnym źródłem informacji, podglądasz drugoklasistki na wfie – wyrzuciłam mu. – A tam są spocone, zmęczone i mają związane włosy.
 - Niektóre nawet wtedy są pociągające i w tym cały sęk – wytłumaczył mi.
 - Chyba muszę się wybrać pod okienko męskiej sali gimnastycznej – stwierdziłam poważnym tonem.
 - Okay, ale uprzedź, to sobie włosy lakierem spryskam.
 - Widziałam cię w gorszych wydaniach, Payne – stwierdziłam zupełnie szczerze, przypominając sobie jego wycięta grzywkę na początku pierwszej klasy. Stał się obiektem drwin mojej paczki, podczas gdy ja siedziałam cicho i tylko potakiwałam w razie potrzeby, nie mając zamiaru przyznać się do tego, że lecę na tego ,,owczarka szkockiego po wizycie u niewidomego fryzjera’’.
 - Tylko nie mów, że wyglądam źle w białej koszulce, bo poszedłem tak do telewizji.
 - Zachowujesz się wyjątkowo pedalsko jak na kogoś, kto podgląda dziewczyny, jak się przebierają – powiedziałam, zaciskając usta w cienką kreskę, by się nie roześmiać, i spojrzałam na jego zarazem oburzoną i pogodną twarz.
 - Po pierwsze, to nie była szatnia, a po drugie to może homoseksualizm nie byłby takim złym pomysłem w obecnych czasach.
 - W moim wypadku nawet to by nie podziałało, bo dziewczyny też mnie olewają. – Prychnęłam cicho, po czym otworzyłam torbę. Schowałam do niej pustą butelkę w tym samym momencie, gdy z nieba spadła na moją twarz pierwsza chłodna kropla deszczu. – Cholera, znowu?!
 - To wszystko przeze mnie, prawda? - Jego cała przykrość wlana w te słowa wydała mi się wręcz komiczna.
 - Skoro masz jakiś wpływ na pogodę. – Wzruszyłam ramionami. – Może jesteś jakimś czarodziejem albo zaklinaczem, hm?
 - Annie ci zrobiła opinię puszczalskiej przeze mnie – brnął dalej, patrząc prosto przed siebie z lekko przymrużonymi oczami. Łzy ponuro szarych chmur zaczęły skapywać z coraz większą częstotliwością, jednak żadne z nas się tym nie przejmowało, zagłębione w poruszonym temacie.
 - Przynajmniej już wiem, że wszyscy znali mnie tylko wtedy, gdy się do nich dostosowywałam – odparłam. – Przyjaźń jest przereklamowana, miłość jest przereklamowana, wszystko w tym świecie ma tyle sensu, co reklama amerykańskich produktów w Anglii, gdzie nawet nie są dostępne.
 - Ciasteczka czekoladowe w owocowej polewie?
 - Sam produkt jest totalnie bezsensowny!
Mieliśmy się roześmiać, a atmosfera miała się rozluźnić. Kto normalny nie zareagowałby na samo wspomnienie smakołyków reklamowanych przez modelkę, której talia miała prawdopodobnie obwód mojego uda?
 - Powinienem był dać ci spokój.
Zamrugałam kilkakrotnie bez celu, nie mogąc otworzyć ust. Wargi skleiły się ze sobą pod wpływem jego słów, jakby współpracowały z umysłem. Ten bowiem nie potrafił mi podpowiedzieć żadnej odpowiedzi. Ani przyznanie racji, ani zaprzeczenie nie byłoby prawdą. Milczałam więc, pozwalając mu na uznanie, że się z nim zgadzam.
 - Niby to Lou jest impulsywny i najpierw robi, zanim pomyśli, ale najwyraźniej jestem gorszą odmianą tej cechy – dodał, wpierw wydawszy gardłowy dźwięk mówiący ,,tak myślałem’’.
 - To wcale nie jest takie proste, Liam. Gdybyś ,,dał mi spokój’’ – narysowałam w powietrzu cudzysłów, podkreślając jego cytat – nadal tkwiłabym w tym chorym towarzystwie.
 - I byłabyś szczęśliwa – dopowiedział sprytnie.
 - Przecież jestem szczęśliwa.
 - Jak ty przekonująco brzmisz! – zironizował, rzucając mi podobne spojrzenie.
 - A kończąc te filozoficzne wywody, to może chcesz wejść i się trochę ogrzać? Strasznie zmokłeś, dam ci parasol – zaproponowałam, bo powoli zbliżaliśmy się do ruchomych drzwi wieżowca numer 3. Pozostało jeszcze tylko przejście przez pasy na drodze i kilka kroków brukiem.
 - W sumie mam wpaść po Tommo, a kończy dopiero za jakąś godzinę, więc chętnie.
 - Tylko obiecaj mi, że już nie będziemy poruszać tego tematu dobrze? – Stanęłam naprzeciwko niego i utkwiłam wzrok w jego brązowych tęczówkach. Już podniosłam dłonie, chcąc złapać nimi końce jego rozpiętej kurtki, lecz w porę się opanowałam oraz ścisnęłam je w pięści, po czym opuściłam niezręcznie.
 - Tylko głupoty, słowo harcerza.
Cechą, którą zawsze doceniałam w Liamie, było jego gadulstwo. Potrafił znaleźć wspólny język niemal z każdym, zajmując go rozmową na jakiś zwykle luźny temat. Nigdy się nie stresował i czasami nawet mnie zastanawiało, skąd ta łatwość wynajdowania tematów do opowieści.
 - Myślałem, że zrozumieją – bronił się tym razem, gdy przypomniałam sobie, że wsypał i siebie, i kolegów przed rodzicami, jeśli chodzi o szkołę.
 - Tak, bo twoja mama zawsze należała do bardzo wyrozumiałych osób – stwierdziłam z drwiną.
 - Nie obrażaj mojej mamy, dobrze? – rzucił z oburzeniem, lecz zaraz sam się roześmiał. – Okay, to było głupie posunięcie, przyznaję.
 - Ale dobrze wam tak, ile można się lenić. – Właśnie dotarliśmy pod drzwi mieszkania, więc byłam lekko zadyszana po przebyciu setek drobnych schodków na klatce. Oparłam się o ścianę, szukając w torbie klucza.
 - I kto to mówi! – zaoponował chłopak, co zręcznie zignorowałam, wchodząc do domu.
            Wszędzie panowała cisza, jednak byłam pewna, że Ian wygodnie leży w łóżku i buszuje po internecie. Upewnił mnie w tym pusty salon, gdyż drugą opcją mogło być obleganie kanapy oraz telewizora. Odwiesiłam płaszcz na haczyk, a Liam poszedł w moje ślady.
 - Ian jest chory, więc na pewno jest u siebie – poinformowałam go ściszonym głosem.
 - Śpi?
 - Akurat w to szczerze wątpię. Czego się napijesz? Od razu uprzedzam, że w grę wchodzą tylko gorące napoje. – Ruszyłam w stronę kuchni, a tuż za sobą słyszałam jego ciche kroki.
 - Kakao – odparł od razu.
            Po drodze uchyliłam lekko drzwi do pokoju Iana i z ulgą, a także zdziwieniem, zauważyłam jego zamknięte oczy oraz kołdrę podsuniętą pod samą brodę.
 - Kakao, tak? Tylko dlatego, że doskonale przewidziałeś mój wybór, prawda?
 - Jesteś przewidywalna, Melody.
 - Powinnam cię teraz zaskoczyć i wybrać herbatkę owocową, ale mam taką ochotę na to kakao, że chyba wypiłabym twoje.
Znów usłyszałam jego melodyjny śmiech, kiedy wyjmowałam z szafki dwa identyczne kubki z malunkami kreskówkowych zwierzątek. Po fakcie zorientowałam się, że dawniej zawsze używaliśmy właśnie ich. To wyjaśniało, dlaczego były postawione w najdalszym kącie półki.
 - Przydałbyś się na coś lepiej – wypomniałam mu.
 - Jestem na twe rozkazy, o pani!
 - Tam wysoko jest taka wielka, brązowa puszka. – Wskazałam palcem w odpowiednie miejsce, po czym Liam posłusznie wyjął ją i postawił tuż przede mną, gdy ja położyłam na blacie dwie łyżeczki.
Postąpiłam tak bezmyślnie, jak tylko się dało, odwracając się dokładnie w tym momencie w jego stronę.
Patrzyłam. Patrzyłam w jego oczy, czując się jak uwięziona w potrzasku. Mój wzrok nie potrafił przebić się przez boczne barierki tego toru, zmienić kursu. W zamian za to odległość dzieląca mnie od jego tęczówek jakimś magicznym sposobem się ciągle zmniejszała, aż w końcu mogłam ujrzeć w jego źrenicach swe zdezorientowane odbicie z lekko rozchylonymi ustami. Liam zręcznie zamknął je pocałunkiem, by po chwili znów się rozwarły, tym razem kierowane pożądaniem. Jego prawa dłoń musnęła ledwie odczuwalnie mój policzek i rozpoczęła swą wędrówkę po moim ciele, celowo zahaczając o obszycia bluzki. Dotarła do szlufki moich dżinsów i złapała ją mocno, to samo stało się z tą po drugiej stronie. Pociągnął za nie delikatnie, lecz wystarczająco mocno, bym zrobiła krok do przodu i przywarła szczelnie do jego ciała, czując dokładnie każdy jego ruch. Nasze pocałunki stały się bardziej zachłanne. Mimo braku jakiejkolwiek przestrzeni pomiędzy nami, nadal męczył mnie niedosyt i wydawało mi się, że jestem niewystarczająco blisko niego. Oderwałam ręce od jego mokrych włosów w tym samym momencie, kiedy on przejechał powoli swoimi po moich pośladkach i w następnym ułamku sekundy posadził mnie na kuchennym blacie, skąd z trzaskiem spadły łyżeczki.
Miałam ochotę krzyczeć. Chciałam na niego nawrzeszczeć i powiedzieć, że chcę z nim być, że chcę go czuć, że chcę nareszcie złączyć się z nim w jedność. W zamian za to rozpięłam z trudem jego kolorową koszulę, przy okazji odrywając przez przypadek jeden z guzików, który opadł na podłogę. Całą fakturę dłoni przycisnęłam do jego klatki piersiowej, palcami kierując się ku ramionom. Tym sposobem pozbyłam się jego okrycia. On szybko mi się odwdzięczył. Zdjął moją wierzchnią bluzkę, odrywając swe wargi od moich i zaczerpując łakomie powietrza. Ekscytacja sięgnęła zenitu, gdy odnalazłam zapięcie jego spodni i, specjalnie przedłużając ten moment, wyciągnęłam duży guzik z dziurki. Z rozporkiem bawiłam się chwilę dłużej, odsuwając i zasuwając go zaczepnie, dzięki czemu uśmiechnęłam się, podczas gdy Liam przygryzł delikatnie moją dolną wargę. Skóra na brzuchu wywołała przyjemne dreszcze pod wpływem jego dotyku.
Odurzona jego wonią nie zwróciłam uwagi na dźwięk dzwonka, a i Liam go zignorował, podciągając moją koszulkę do góry. Ku jego zaskoczeniu, nie podniosłam rąk do góry, aby mógł ją ze mnie ściągnąć. Kolejny przeszywający mieszkanie jazgot rozbrzmiał nam w uszach, zmuszając mnie do zaprzestania pieszczot.
 - Ian – jęknęłam, z westchnieniem opierając czoło o jego tors.
Podniosłam nieśmiało głowę, by sprawdzić jego wyraz twarzy. Oczekiwałam rozczarowania, zdenerwowania lub przynajmniej oznaku jakiegokolwiek zawodu, lecz on tylko odetchnął głęboko. Na jego usta wkradł się rozczulony uśmiech, czego wręcz nie mogłam nie odwzajemnić.
Liam odsunął się na bok bez zbędnych protestów. Szybko zeskoczyłam z blatu.
 - To pewnie listonosz albo jakiś kurier, zaraz wrócę – powiedziałam w drodze do holu, którą pokonywałam tyłem, nie mogąc oderwać wzroku od chłopaka. Właśnie podnosił swoją koszulę, gdy musiałam zaprzestać swych obserwacji przez zakręt w lewo.
Co ja najlepszego wyprawiam, pomyślałam, aczkolwiek nie potrafiłam zmusić mięśni twarzy do zaprzestania głupiego szczerzenia się. Z taką miną otworzyłam z rozmachem drzwi i od razu tego pożałowałam.
 - Cześć – przywitał się Joe, chowając swe ręce jeszcze głębiej do przednich kieszeni jasnych dżinsów.
 - Hej – odparłam nieco zażenowana. Mój szeroki uśmiech został starty niczym cienka warstwa kredy gąbką z tablicy i zastąpił go lekki grymas zakłopotania. To właśnie odczułam, patrząc na swą niespełnioną miłość ze świadomością, że kilka metrów dalej czeka na mnie ktoś, kto mi na nią nie pozwolił.
 - Czyżbym przyszedł nie w porę? – zapytał Joe, spoglądając mi nieśmiało przez ramię.
 - Nie, skąd, wejdź. – Tymi słowami próbowałam przekonać nie tylko jego, lecz również siebie samą. Bowiem każda cząstka ciała próbowała krzyczeć ,,tak!’’, chcąc go odpędzić jak najdalej stąd, gdzie od Liama dzieliło nas zaledwie kilka cienkich ścian nośnych. W duchu modliłam się, by blondyn miał tyle rozsądku i założył górną część garderoby.
 - Wyglądasz na z lekka rozkojarzoną – zauważył Joe, ale po chwili przekroczył próg i zamknął za sobą drzwi frontowe.
 - To chyba nic nowego w moim wypadku - stwierdziłam. Pragnęłam pozbyć się muru lodu, który sama utworzyłam przytłoczona tą dziwną sytuacją.
Zaśmiał się ze mną zgodnie.
 - Fajnego macie listonosza.
Odwróciłam się gwałtownie, by zobaczyć ubranego kompletnie Liama. Z uśmiechem przyglądał się naszej dwójce, choć widziałam, że dyskretnie lustruje Josepha.
 - Tak, chyba się pomyliłam.
 - Liam, miło mi. - Wyciągnął przed siebie życzliwie dłoń, a jego gest wydał mi się tak naturalny, że od razu poczułam się lepiej.
 - Joe. – Zrobił to samo bez zwłoki, również posyłając nowemu koledze uśmiech.
 - To co, kakao? - Moje pytanie wydało się wypowiedziane tak od czapy, że sama zrobiłam zdziwioną minę, choć przecież dokładnie coś takiego powinna zaproponować gościom pani domu. Mimo wszystko nie potrafiłam sobie wyobrazić naszej trójki przy jednym stole.
 - Dzięki, ale muszę odmówić - zaczął Liam. - Lou już pewnie wrócił, więc na pewno na mnie czeka, a wolę się nie narażać czwórce chłopaków pozbawionych kontroli.
 - Macie próbę?
 - Coś w tym rodzaju.
 - Czyżbyś był z branży? - wtrącił uprzejmie Joseph, przypominając mi o swojej obecności.
 - Miejmy nadzieję, że za rok będę mógł odpowiedzieć twierdząco.
 - Liam z chłopcami dostał się do finałów X Factora - wyjaśniłam z tą samą nutką dumy, którą wykryłam wcześniej mówiąc o tym ojcu.
 - To może jednak mogłem przyjąć tę posadę, mielibyście jakieś dojście - powiedział Joe, po czym dodał szybko: - Proponowano mi posadę jurora.
 - I odmówiłeś? - Liam zdziwił się szczerze.
 - Nie chciałem się na tym skupiać.
 - No tak, to na pewno pochłania mnóstwo czasu. - Pokiwał głową ze zrozumieniem.
 - Stoimy w tym holu jak jacyś idioci - rzuciłam w końcu, czując napływające poczucie winy. Joe nie chciał marnować czasu na program, bo wolał go poświęcić mnie - z perspektywy czasu na pewno żałował.
 - Już idę, idę! - zaoponował Payne, rzeczywiście przepychając się do wyjścia.
 - Nie o to mi chodziło!
 - Oczywiście, Melody. A teraz się żegnam. Miło było cię poznać, Joe. Do zobaczenia w szkole, Melody.
 - Buty byś sobie zabrał - zawołałam za nim, zanim zdążył wyjść na klatkę.
 - Zbyt pewnie czuję się w skarpetkach - mruknął sam do siebie, ale wrócił się po parę nienaturalnie śnieżnobiałych trampek. - Teraz już naprawdę idę, pa.
 - Cześć - powiedzieliśmy równocześnie z Joe, co zabrzmiało dość komicznie. Liam nie zwrócił na to uwagi i zniknął z pola widzenia, zostawiając mnie samą z ludzką przypominajką o tym, jak beznadziejna byłam.
 - Usiądziemy w salonie?
 - Tak, jasne.
Tak też zrobiliśmy. A przynajmniej Joe, bo ja za rzecz pierwszorzędną wyznaczyłam sobie wizytę w kuchni.
 - To na co masz ochotę?
 - Wspominałaś coś o gorącej czekoladzie.
 - Kakao, Joe, kakao mam - poprawiłam go z rozbawieniem. Nigdy nie odróżniał tych dwóch rzeczy.
 - W takim razie poproszę kakao.
 - Się robi.
Niemal pobiegłam do kuchni, gdzie szybko ogarnęłam wzrokiem całe wnętrze. Z podłogi zniknęły sztućce, a moja bluzka zwisała z oparcia stołka. Odetchnęłam z ulgą. Liam zajął się wszystkim.
Na blacie nadal stały dwa kubki, które zostały wcześniej przeznaczone dla mnie i Liama. Włączyłam więc tylko czajnik elektryczny i oparłam się o bufet, czekając, aż woda się zagotuje. Nie bardzo wiedziałam, co sprowadziło Josepha do mojego domu, ale mój umysł nadal działał w chaosie i nadal żył tym, co wydarzyło się w tym pomieszczeniu zaledwie kilka minut temu – a konkretniej, co mogło się wydarzyć.

 - Chyba jednak wolałbym się napić czegoś mocniejszego – powiedział Joseph, który pojawił się bezszelestnie w progu.